piątek, 4 września 2015

Mały pies w obcym miejscu

O wzięciu psa rozmawialiśmy z mężem już od jakiegoś czasu. P wychowywał się w domu, w którym zawsze były psy, ja wręcz przeciwnie. On psy uwielbia, ja w zasadzie toleruję. Do tego mamy naprawdę wrednego kota. Wydawałoby się, że nie są to absolutnie warunki na trzymanie psa, a na pewno nie tak wymagającej bestyjki jak akita inu. Ale po długich rozmowach i rozważeniu wszystkich za i przeciw jednak się zdecydowaliśmy. I tak nieco ponad tydzień temu dziesięciotygodniowy psiak zawitał do naszego domu.

Maluch od samego początku zachowywał się wspaniale. Mieliśmy do pokonania około 150 km, a była to jego pierwsza jazda samochodem. Obyło się jednak bez skomlenia, piszczenia czy wiercenia się. Psiak ułożył się do snu i grzecznie przespał całą jazdę. (Tu pięknie przysłużyła się nam wieczorna pora - mały zwyczajnie usnął jak co dzień). Za to po przyjeździe do domu ktoś się rozbudził i nieco rozbrykał. W ten sposób zaliczyliśmy pierwszą udaną zabawę z psiakiem.

A kotka? O, ona zadowolona nie była. Było hyczenie i buczenie, była "szczotka" na grzbiecie. Ale z jednego byliśmy naprawdę dumni - nie atakowała psa, tylko broniła swojego terenu. Nie chciała mieć szczenięcego entuzjazmu w odległości mniejszej niż pół metra od siebie.


Przez kilka dni młody chodził bezimienny, potem jego Pańciorek zdecydował się ostatecznie nazwać naszego małego Japończyka Yoshi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz