Początek, jak to początki, był trudny. Nowe otoczenie, nowe, nieobwąchane miejsca i... kompletna niemożność ich zbadania. Właśnie tak - mały Yoshi został postawiony przed ciężkim wyzwaniem. Ponieważ odbywał właśnie kwarantannę po szczepieniu, nie mogliśmy chodzić z nim swobodnie po okolicy. Spacery ograniczały się do wyjścia przed dom, zrobienia kupy (bo trudnej sztuki powiadamiania wcześniej o nadciągającym sikaniu nie opanowaliśmy do tej pory, choć trzeba przyznać, że czynimy postępy), powrotu i chwili zabawy. Po krótkiej drzemce P prowadził psiaka do samochodu - trzeba przyznać, że Yoshi traktuje auto jak naturalne przedłużenie domu, za co jesteśmy mu niezmiernie wdzięczni - i jechał z nim do swoich rodziców, do ogródka. A tam, niespodzianka (przynajmniej za pierwszym razem) - dwa inne psy!
No, wreszcie coś się zaczęło dziać. Można było biegać w kółko, skakać, łapać za ogony (to zostało szybko ukrócone karcącym kłapnięciem w pobliżu Yoshinego pyska), ciągać łóżka - zwyczajnie psi raj. Albo niezła namiastka, bo jak się szybko okazało jeden z psów - starsza suczka - jest zazdrosny i warczy bez powodu, a drugi - bardzo spokojny Kajtek - nie chce bawić się tak często, jakby tego szczeniak potrzebował. Było trochę tarć, ale dość szybko wszystko się poukładało.

Znaczy że jak wystarczy? Przecież biegaliśmy tylko przez pięć minut... Zresztą nie ważne, patrz, człowieku, jakiego masz poważnego psa!
Teściów Yoshi owinął sobie wokół pal...łapy (a może ogona?) niemal z miejsca i trzeba było pilnować, żeby nie wchodził im za bardzo na głowy. A także kontrolować ich zapędy, żeby pies się za bardzo nie rozwłóczył. W końcu jednak udało się wypracować zestaw zasad znośny dla wszystkich zainteresowanych. Jedynym minusem wożenia Yoshiego do ogródka było to, że mały skubaniec bardzo szybko przyzwyczaił się, że od południa do mniej więcej szóstej po południu może szaleć, jak mu się podoba. Po zakończeniu kwarantanny trzeba było wyprowadzić go z błędu. Ale o tym innym razem.
A co na to wszystko kot, który przecież przez kilka ładnych lat cieszył się pozycją jedynego zwierzaka w domu? Wielka obraza trwała pół dnia, potem zaczęły się milczące pretensje, ale poparte argumentem "Patrzcie, jakiego macie miłego kotka". Nigdy wcześniej nie mieliśmy tylu okazji, by głaskać naszą burą paskudę (Bubas jest stworzeniem niedotykalskim i jak się przytula, to z bezpiecznej, dwudziestocentymetrowej odległości). Po kilku dniach buczenie umilkło, a kotka zaczęła znów sypiać na kanapie, nie zważając na kręcącego się koło niej szczeniaka. Zanim jednak do tego doszło...

