piątek, 23 października 2015

Hej, patrzcie, jak ja rosnę!

Pies rośnie nam jak na drożdżach, a czasu nie ma zbyt wiele, pora więc chyba na zmianę konwencji bloga. Zdaje się, że lepiej będzie opisywać Dokonania Dnia Dzisiejszego (lub okolicznych), a od czasu do czasu nadrabiać (pre)historią z czasów początków pobytu Yoshiego w naszym domu.

Zatem do dzieła.

Stan na chwilę obecną:

  • pies w czwartym i pół miesiącu życia - sztuk: raz
  • poziom grzeczności/nieznośności: ogólnie grzeczny (chyba że akurat liść przeleci przed nosem)
  • poziom uwielbienia dla Pańciorka: w nieskończenie wielkim zbiorze liczb rzeczywistych wartości skończyły się jakiś czas temu. Pańciorek jest najlepszy i trzeba go dokładnie z miłości wylizać i wyiskać

A dzisiejsza historia będzie krótka, acz pouczająca. Otóż i ja, i mąż jesteśmy, hmm, fanatycznymi miłośnikami komputerów i wszelkich nowinek technologicznych. Do niedawna też niespecjalnie mieliśmy możliwości, żeby tej pasji dawać upust, bo, wiadomo, pieniądze... Teraz też bardzo różowo nie jest, ale człowiek starszy, to głupszy i na pewne rzeczy jednak się decyduje, choć to nierozsądne. Zatem po raz pierwszy w życiu (a nawet w obu życiach) kupiliśmy komputer taki, żeby na nim "wszystko szło". I idzie. Wiedźmin 3 idzie. Elite: Dangerous idzie. Fallout 4 też ma podobno pójść. Słowem oboje powinniśmy być w siódmym niebie, a mąż przede wszystkim.

No, teoretycznie jest. Nie powiem, nawet system zainstalował. A potem przez trzy czy cztery dni komputer stał nawet nie włączany. A mąż bawił się z psem, chadzał na spacery, bawił się z psem, uczył psa, bawił się z psem, od czasu do czasu chodził na spacery, nie zaniedbując przy tym psich nauk... W końcu nie wytrzymałam i zażądałam zainstalowania jakiejś gry celem sprawdzenia, czy na tym potworze jednak coś pójdzie, czy może kupiliśmy tylko bardzo kosztowne pudło do przechowywania kurzu. Sprawdził. Poszło. A on... wrócił do bawienia się z psem :)

Dobrze, czasem coś pogra, nie powiem. Ale tylko gdy pies już padnie, znużony atrakcjami dnia codziennego :)

A to całkiem niedawne zdjęcie, mniej więcej z okresu zakupu komputera.

Mój ci on!

niedziela, 6 września 2015

Kwarantanna

Początek, jak to początki, był trudny. Nowe otoczenie, nowe, nieobwąchane miejsca i... kompletna niemożność ich zbadania. Właśnie tak - mały Yoshi został postawiony przed ciężkim wyzwaniem. Ponieważ odbywał właśnie kwarantannę po szczepieniu, nie mogliśmy chodzić z nim swobodnie po okolicy. Spacery ograniczały się do wyjścia przed dom, zrobienia kupy (bo trudnej sztuki powiadamiania wcześniej o nadciągającym sikaniu nie opanowaliśmy do tej pory, choć trzeba przyznać, że czynimy postępy), powrotu i chwili zabawy. Po krótkiej drzemce P prowadził psiaka do samochodu - trzeba przyznać, że Yoshi traktuje auto jak naturalne przedłużenie domu, za co jesteśmy mu niezmiernie wdzięczni - i jechał z nim do swoich rodziców, do ogródka. A tam, niespodzianka (przynajmniej za pierwszym razem) - dwa inne psy!

No, wreszcie coś się zaczęło dziać. Można było biegać w kółko, skakać, łapać za ogony (to zostało szybko ukrócone karcącym kłapnięciem w pobliżu Yoshinego pyska), ciągać łóżka - zwyczajnie psi raj. Albo niezła namiastka, bo jak się szybko okazało jeden z psów - starsza suczka - jest zazdrosny i warczy bez powodu, a drugi - bardzo spokojny Kajtek - nie chce bawić się tak często, jakby tego szczeniak potrzebował. Było trochę tarć, ale dość szybko wszystko się poukładało.


Znaczy że jak wystarczy? Przecież biegaliśmy tylko przez pięć minut... Zresztą nie ważne, patrz, człowieku, jakiego masz poważnego psa!

Teściów Yoshi owinął sobie wokół pal...łapy (a może ogona?) niemal z miejsca i trzeba było pilnować, żeby nie wchodził im za bardzo na głowy. A także kontrolować ich zapędy, żeby pies się za bardzo nie rozwłóczył. W końcu jednak udało się wypracować zestaw zasad znośny dla wszystkich zainteresowanych. Jedynym minusem wożenia Yoshiego do ogródka było to, że mały skubaniec bardzo szybko przyzwyczaił się, że od południa do mniej więcej szóstej po południu może szaleć, jak mu się podoba. Po zakończeniu kwarantanny trzeba było wyprowadzić go z błędu. Ale o tym innym razem.

A co na to wszystko kot, który przecież przez kilka ładnych lat cieszył się pozycją jedynego zwierzaka w domu? Wielka obraza trwała pół dnia, potem zaczęły się milczące pretensje, ale poparte argumentem "Patrzcie, jakiego macie miłego kotka". Nigdy wcześniej nie mieliśmy tylu okazji, by głaskać naszą burą paskudę (Bubas jest stworzeniem niedotykalskim i jak się przytula, to z bezpiecznej, dwudziestocentymetrowej odległości). Po kilku dniach buczenie umilkło, a kotka zaczęła znów sypiać na kanapie, nie zważając na kręcącego się koło niej szczeniaka. Zanim jednak do tego doszło...


Widzisz, człowieku? Gryzie cię sumienie? I słusznie, bo ja cierpię!

piątek, 4 września 2015

Mały pies w obcym miejscu

O wzięciu psa rozmawialiśmy z mężem już od jakiegoś czasu. P wychowywał się w domu, w którym zawsze były psy, ja wręcz przeciwnie. On psy uwielbia, ja w zasadzie toleruję. Do tego mamy naprawdę wrednego kota. Wydawałoby się, że nie są to absolutnie warunki na trzymanie psa, a na pewno nie tak wymagającej bestyjki jak akita inu. Ale po długich rozmowach i rozważeniu wszystkich za i przeciw jednak się zdecydowaliśmy. I tak nieco ponad tydzień temu dziesięciotygodniowy psiak zawitał do naszego domu.

Maluch od samego początku zachowywał się wspaniale. Mieliśmy do pokonania około 150 km, a była to jego pierwsza jazda samochodem. Obyło się jednak bez skomlenia, piszczenia czy wiercenia się. Psiak ułożył się do snu i grzecznie przespał całą jazdę. (Tu pięknie przysłużyła się nam wieczorna pora - mały zwyczajnie usnął jak co dzień). Za to po przyjeździe do domu ktoś się rozbudził i nieco rozbrykał. W ten sposób zaliczyliśmy pierwszą udaną zabawę z psiakiem.

A kotka? O, ona zadowolona nie była. Było hyczenie i buczenie, była "szczotka" na grzbiecie. Ale z jednego byliśmy naprawdę dumni - nie atakowała psa, tylko broniła swojego terenu. Nie chciała mieć szczenięcego entuzjazmu w odległości mniejszej niż pół metra od siebie.


Przez kilka dni młody chodził bezimienny, potem jego Pańciorek zdecydował się ostatecznie nazwać naszego małego Japończyka Yoshi.